[May 08, 02:40 PM]
Tytuł dzisiejszego felietonu intryguje. Nieprawdaż? Na pewno zaintrygował dziennikarzy zaproszonych przez ministra kultury na konferencję prasową poświęconą najbliższej przyszłości Muzeum Narodowego w Warszawie. Bo na zaproszeniu widniał właśnie taki tytuł. Ot, fajerwerk marketingowy. A czy coś poza nim minister miał do powiedzenia? Oj, miał. Rzeczywiście szykuje się rewolucja w Muzeum Narodowym. Zresztą, pierwsza jej odsłona już nastąpiła. Ale po kolei. Podsumujmy najpierw to co wiemy o muzeum. Ogromny gmach przy Alejach Jerozolimskich. To po pierwsze. Pod drugie – podobno ma największą kolekcję dział spośród wszystkich polskich muzeów. Podobno, bo z powodów problemów lokalowych część sztuki starożytnej, średniowiecznej i współczesnej po prostu nie jest udostępniania. A jak już nawet jest pokazywana na wystawach czasowych to trwają one skandalicznie krótko. Po trzecie – i o tym też jest głośno - to jedno z nielicznych polskich muzeów, które nie ma dyrektora. Gdyby chodziło o jakieś małe prowincjonalne muzeum, nie budziłoby to takich emocji. Ale to przecież jedna z najważniejszych polskich placówek kulturalnych. Kto nią obecnie rządzi? Jest tylko osoba pełniąca jego obowiązki, która zresztą zastąpił inną osobę robiącą to przed nią. Ostatni pełnoetatowy dyrektor, Ferdynand Ruszczyc, został wyrzucony z pracy za konflikt z ówczesnym ministrem kultury. Po prostu bez porozumienia z nim zwolnił swoją zastępczynię. Efekt – on sam stracił pracę, a ona objęła jego stanowisko. Ale jedynie jako pełniąca obowiązki, a nie pełnoprawny dyrektor. Sytuacja taka miała trwać jedynie chwilę, aż nie zostanie szybko rozstrzygnięty ministerialny konkurs na stanowisko szefa muzeum. Konkurs owszem został ogłoszony, a komisja konkursowa wybrała nawet zwycięzcę, jednak w tak zwanym międzyczasie zmieniła się w Polsce władza i nie bardzo wiadomo było, co zrobić z werdyktem. Obecny minister kultury więc po prostu postanowił nie przyjąć do wiadomości rozstrzygnięcia. Przy czym miał do tego pełne prawo, bo zgodnie z ustawą o muzeach nie musi się liczyć z werdyktem komisji konkursowej. No i klops. Znaczy, obecny minister być może powierzy część zadań związanych z kierowaniem muzeum temu kandydatowi, ale o samodzielnym prowadzeniu muzeum może on zapomnieć. Niestety, bezkrólewie nie sprzyja muzeum. Pracownicy nie bardzo wiedzą kto odpowiada za program, komu zgłaszać pomysły na nowe wystawy, z kim się konsultować. Nawet zapał tak ważnych dla istnienia muzeum sponsorów i mecenasów ostatnio trochę przycichł. Sytuacja naprawdę nie jest dobra. Na szczęście, coś wreszcie drgnęło. Minister postanowił oddać część swojej władzy nad zarządzaniem muzeum Radzie Powierniczej. To instytucja, która doskonale sprawdza się na zamku warszawskim i w Muzeum Powstania Warszawskiego. W Muzeum Narodowym też mogła powstać już kilkanaście lat temu, ale jak do tej pory żaden minister nie chciał oddać jej swoje kompetencje w nadzorze finansowym i merytorycznym oraz możliwości powoływania dyrektora. Kompetencje nie dziwią, minister o takiej decyzji też już kilka razy przebąkiwał. Największym zaskoczeniem jest dla mnie skład rady powierniczej. Jej przewodniczącym został Jack Lohmanm, dyrektor Muzeum Londyńskiego. Jego zastępcą - ekonomista Witold M. Orłowski. Zastanawia wysoka pozycja ekonomisty. Ciekawe jest tak że to, że do rady udało się zaprosić muzealnika z takiego kraju jak Wielka Brytania. Ale to jeszcze nie cały skład rady. Zasiadają w niej także Jan Krzysztof Bielecki (prezes Pekao SA), Andrzej Kiciński (architekt), Hanna Krall (chyba nie trzeba przedstawiać tej reportażystki), Karol Myśliwiec (archeolog), Marek Nowakowski (ekonomista), Anda Rottenberg (krytyk sztuki), Andrzej Rottermund (dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie), Wojciech Suchocki (dyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu), Aldona Wejchert (przewodnicząca rady nadzorczej Multikino SA i ITI Cinema) i Tomasz Wróblewski (wiceprezes grupy wydawniczej Polskapresse). Jak widać skład i zakres tematyczny rady jest ogromny. Od stoickiej archeologii, poprzez ekonomię i prasę, kończąc na tak nowoczesnych dziedzinach życia jak kino. Można wnosić z tego, że muzeum wkroczy w erę nowoczesności. Czyżbyśmy mogli liczyć na wystawy przygotowywane pod bardziej multimedialnym kątem? Liczę na to, bo jak już nieraz wspominałem jestem pod wielkim wrażeniem innego warszawskiego muzeum – stworzonego zgodnie z kanonami współczesności Muzeum Powstania Warszawskiego. Nawiasem mówiąc, podobno ostatnio strona internetowa tego muzeum wzbogaciła się o wiele eksponatów. Dzięki temu muzeum można zwiedzać bez wychodzenia z domu. Wracając jednak do przyszłości Muzeum Narodowego, ta jest mocno uzależniona od nowego dyrektora placówki. A tym zostanie… hola, hola, nie tak szybko. Ten zostanie wyłoniony w międzynarodowym konkursie. Co prawda na razie nie wiadomo jeszcze, kiedy zostanie on ogłoszony, ale wszyscy liczą że jeszcze przed wakacjami, albo z powodu martwego okresu letniego tuż po nich. Nareszcie!!!
Nie wiadomo też kiedy (i czy w ogóle) „Katyń” Andrzeja Wajdy trafi do amerykańskich kin. Ta dość sensacyjna informacja kilka dni temu lotem błyskawicy obiegła Polskę. Wywoła przy tym niemałą konsternację, bowiem wielu polskich kinomanów było niemal pewnych że obraz nominowany do Oskarów będzie wyświetlany w amerykańskich kinach. A tu, proszę. Owszem, jest obecnie pokazywany na festiwalu w Tribece na Manhattanie, jednak o dacie oficjalnego wejścia do kin jakoś się nie mówi. Bo festiwalowy pokaz to jednorazowa impreza i nie ma nic wspólnego z –że tak powiem – seryjnymi pokazami. Co prawda przedstawiciele producentów „Katynia” zarzekają się, że rozmowy o dystrybucji są prowadzone, jednak na razie nawet nie tyle że nie chcą zdradzić jakichś konkretnych szczegółów, co po prostu nawet ich nie mają. Szok? Jak już pisałem chwilę temu, dla wielu naszych rodzimych kinomanów to rzeczywiście zaskakująca informacja. A dla mnie? Ja już przecież pisałem, że „Katyń” nie ma co liczyć na Oskara i wyliczałem argumenty potwierdzające moją tezę. Tych samych spokojnie mogą użyć przeciwnicy dystrybucji „Katynia” w Stanach…
Na zakończenie jeszcze kilka słów o innej wieści, która lotem błyskawicy obiegła cały polski światek kulturalny. Marc Minkowski to muzyk i dyrygent. Od 1982 roku pracuje ze słynnym na całym świecie zespołem Les Musiciens de Louvre. Ale już niedługo. Od czerwca będzie bowiem dyrektorem muzycznym warszawskiej Sinfonii Varsovii. Chyba nie trzeba dodawać, że radość z tego powodu w mieście nad Wisłą jest ogromna. I tym oto miłym akcentem żegnam się na tydzień. Do przeczytania.
Przemysław Ziółek


