[May 08, 03:27 PM]
Kilka miesięcy temu pisałem, że kabaret wreszcie budzi się z letargu. Przez ostatnich kilka lat jego rola zmalała; ten gatunek sięgnął niemal dna. Brakowało dobrych tematów, nowe kabarety powstawały raczej niechętnie, a stare ograły już na swój sposób chyba każdy temat. Nowe dowcipy pojawiły się dopiero kilka miesięcy temu. Jaskółka świeżości okazała się być jednak mocno przedwczesna. Najlepiej pokazała to tegoroczna PAKA, czyli 24. Przegląd Kabaretów. Podczas kilkudniowej imprezy dobrych żartów było tyle, że spokojnie można byłoby je zebrać w jeden niedługi program. Naprawdę, nie jest dobrze. Paka po raz ostatni wręczyła Grand Prix w 2003 roku. Od tego czasu nikt po nie nie sięgnął. Bo i jak miał sięgnąć skoro rynek kabaretowy lewitował nisko nad dnem. Dopiero w tym roku coś tam na horyzoncie pochrząkiwało, że może wreszcie uda się wręczyć najważniejszą nagrodę. I choć o laur walczyło osiem młodych kabaretów, niestety żaden nie sprostał postawionemu przed nimi zadaniu. Żaden z nich nie dorównywał takim tuzom kabaretowego światka jak Koń Polski, czy Potem. A przecież i ich kondycja obecnie nie jest najlepsza. Jest aż tak źle w młodym świecie kabaretowym, że nie tylko statuetki w kategorii Grand Prix ale także w kilku innych stałych kategoriach PAKI nie przyznano. W sejfie pozostał laur za walkę z nietolerancją i za kabaretowe śledztwo. Ale uwaga, jaskółka może i była nieco przedwczesna, jednak to echo na horyzoncie całkiem słusznie coś tam pohukiwało. Okazuje się bowiem, że jury konkursu przez chwilę zastanawiało się nad przyznaniem nagrody Grand Prix. Jego członkowie zgodnie doszli jednak do wniosku, że jeżeli kabarety Widelec i Świerszczychrząszcz, czyli te które zdobyły ex aequo pierwsze miejsce, będą się rozwijać jak się na to zanosi to może za rok lub dwa zła passa kabaretowa zostanie przerwana, a wraz z tym Grand Prix PAKI po latach przerwy trafi w odpowiednie ręce. W tym roku na razie było na to za wcześnie. Jak się jednak okazuje jeszcze nic straconego. Miejmy nadzieję, bo ostatnio żeby obejrzeć dobry program kabaretowy a nie tylko pojedyncze skecze to trzeba odgrzewać kasety sprzed kilku a nawet kilkunastu lat. Naprawdę, kilka dni temu tak właśnie musiałem zrobić.
Dopóki jednak nie będzie silnej konkurencji wśród kabaretów, nie mamy o liczyć na poprawę jakości ich repertuaru. Doskonałym przykładem to potwierdzającym jest walka dwóch telewizyjnych programów informacyjnych – „Faktów” TVN-u i „Wiadomości” TVP1. Te pierwsze nadawane są od 19.00 do 19.30. Te drugie od 19.30 do 20.00. Dzięki takiemu układowi przeciętny widz miał możliwość obejrzeć i jeden i drugi program. Ale to się niebawem skończy. Prywatna stacja postanowiła zaostrzyć konkurencję i odebrać widzów konkurencji.. Niebawem Fakty TVN nie będą się kończyły o 19.30 tylko kwadrans później. Co to oznacza dla widza? To że będzie musiał zdecydować, który program informacyjny chce oglądać w całości. Efekt jest natychmiastowy – można odnieść wrażenie że poprawiła się jakość obu programów. A to przecież dopiero początek. Bo prawdziwa konkurencja jeszcze się nawet nie rozpoczęła. Rozpocznie się za kilka dni, gdy „Fakty” się wydłużą. Dopiero wtedy będzie można zaobserwować prawdziwą walkę. Oczywiście, jak się można było spodziewać, na razie jeszcze nie wszystkie asy zostały wyciągnięte z rękawa i nie wszystko zostało powiedziane. A mimo to jednak efekt konkurencji zadziałał.
Na zakończenie jeszcze jedna sprawa. Dwanaście lat temu z wielkim hukiem po ponad trzech dekadach emigracji wyczekiwany przez cały polski światek kulturalny wracał do kraju. Za kilka tygodni z równie wielkim hukiem znowu wyjeżdża na emigrację. O kim mowa? O Sławomirze Mrożku, największym chyba emigrancie spośród współczesnych polskich literatów. Pamiętam, o jego powrocie było naprawdę głośno. Zrezygnował z życia w Paryżu na rzecz Krakowa, bo twierdził że Zachód jest zepsuty dekadentyzmem. Że w Polsce są jeszcze marzenia, wizje, że są jeszcze ludzie którym chce się coś robić. Zmieniać, budować.. po prostu żyć pełnią życia. Prawdziwie zaskakujące były to słowa. Ciekawie brzmiały zwłaszcza w ustach osoby, która spokojnie mogłaby siebie nazywać obywatelem świata. Mrożek wyjechał z Polski w 1963 roku i od tego czasu mieszkał albo pomieszkiwał we Francji, USA, Włoszech, Niemczech, Meksyku a podczas wyjazdów służbowych jeszcze w wielu innych miastach różnych państw. W końcu jednak po 33 latach emigracji zdecydował się na powrót do swojej Ojczyzny - Polski. Osiadł w Krakowie i miał tu pozostać do końca życia. W przeciwieństwie jednak do innych emigrantów jak Mickiewicz, Słowacki, Miłosz, czy Gombrowicz, nie dotrzymał danego przed laty słowa. Na początku czerwca znowu wyjeżdża. Tym razem – jeśli wierzyć jego zapowiedziom – już na zawsze. Wybrał Niceę, bo ma już dosyć tego co można nazwać polską zaściankowością. Co to takiego? Kompleksy, z których nie wyleczyliśmy się jeszcze od czasów jego wyjazdu z Polski w 1963 roku, styl uprawiania polityki, pogląd na sprawy publiczne. Ma prawo go to drażnić. I trudno zakazywać mu wyjazdu. Można jednak spojrzeć trochę inaczej na tą jego kolejną emigrację. Na coś co jeszcze nas dziwi, ale za kilkadziesiąt albo już nawet kilkanaście lat przestanie. Można spojrzeć na to, zresztą jak robią to niektórzy komentarzy, jak na nieumiejętność znalezienia swojego miejsca na ziemi po latach wyjazdów i wędrówek. Niebawem los Mrożka może podzielić wielu z Was. Oto bowiem po latach emigracji być może wrócicie do Polski, kraju który po jakimś czasie stanie się za mały na Wasze ambicje. I tak jak Mrożek już dzisiaj, będziecie musieli wyjechać znowu do nowej ojczyzny. Ojczyzny, która nigdy nie będzie Waszą prawdziwą ojczyzną. Tak, zdaję sobie sprawę z patosu słowa „ojczyzna”. Jak byście jednak Polski nie nazywali, być może staniecie przed takim problemem. A wtedy co? Na szczęście, zakładam że do tego czasu zagadnienie top niejednokrotnie pojawi się już w literaturze. Tej poważnej i trochę mniej. Zajrzy też do gabinetów psychologów, na deski teatralne i na ekran kinowy. A Mrożek znowu wróci do Polski. Tym razem jako doskonały przykład terapeutyczny.
Przemysław Ziółek


