[May 29, 06:45 PM]
Na ile różniący się obraz od rzeczywistego dają przeprowadzane w Polsce sondaże można przekonać się przed każdymi wyborami. Kłamiemy na całego. Jest tak źle, że nawet politycy nie przejmują się przewidywanymi wynikami. Trudno jednak im się dziwić. Sytuacja po wyborach z tą przed nimi potrafi być diametralnie różna. Partia która ma wygrać zajmuje drugie miejsce. Prezydentem nieoczekiwanie też zostaje inna osoba niż wskazywałyby na to sondaże. To przykłady z nie tak odległej historii. Jednak nie o politykach chcę dzisiaj pisać. Pod lupę trafili muzycy. Co prawda, i w tym przypadku ankietowani przez firmę TNS OBOP mogą kłamać na całego, ale to i tak jedyne źródło aby dowiedzieć się jakiej muzyki słuchają Polacy. Więc albo będziemy nadal zgadywali preferencje muzyczne narodu uznając, że żaden sondaż nie jest w stanie oddać prawdziwego obrazu, albo przeanalizujemy ten najnowszy i złapiemy się za głowę ze zdziwienia. Ta druga propozycja wydaje się być ciekawsza. W końcu przynajmniej coś się będzie działo. Dlaczego mamy złapać się za głowę po przeczytaniu tego co ankieterzy zebrali na prośbę firmy STX Jamboree? Są dwa powody. Pierwszy – okazuje się, że aż 58 procent zapytanych Polaków, o to jakiej słucha muzyki, odpowiada że nie przywiązują do tego większej uwagi. Jest im zupełnie obojętne, co leci z głośników. Dla rynku muzycznego, agentów gwiazd i innych osób odpowiedzialnych za wypromowanie takiego lub innego wykonawcy to tragiczna wiadomość. Bo okazuje się, że ich praca dla ponad połowy naszych rodaków jest de facto niepotrzebna. Może jednak jeszcze przez chwilę utrzymają swoje posady. Rynek muzyczny ma bowiem nieco większe zmartwienie. Zwłaszcza osoby odpowiedzialne za promocję i popularyzację bardziej wyrafinowanych gatunków muzycznych. Oto bowiem sondaż przynosi jeszcze jedno spore zaskoczenie. Jaka muzyka jest najpopularniejsza w naszym kraju? Filmowa? No nie, nie przesadzajmy. Nawet przez chwilę bym o tym nie pomyślał. Ankietowani też tak nie wybrali. Ale okazuje się, że sporo osób jej słucha. Ten rodzaj muzyki zajął czwarte miejsce w rankingu najpopularniejszych gatunków. Zaskoczeniem jest też wysoka, piąta, lokata rytmów relaksacyjnych. Okazuje się, że z muzyką poważną też nie jest aż tak źle – szóste miejsc. Za to z dancem jest już gorzej. Tylko siódma pozycja. Ósme miejsce ex equo muzyki kabaretowej i przedwojennej to z kolei pozytywne zaskoczenie. Rapu i hip-hopu słucha tyle osób że te dwa gatunki zajęły dziewiąte miejsce. Pierwszą dziesiątkę zamyka country, które – dla mnie osobiście – niespodziewanie wyprzedziło poezję śpiewaną (11. miejsce), blues (12. – w tym przypadku może nie jest to aż takie wielkie zaskoczenie, ale jednak myślałem że blues będzie przed country) i zajmujące ex equo 13. lokatę reggae i jazz. Przede wszystkim dziwi mnie tak fatalny wynik jazzu. No bo w końcu co nie zapytam jakiegoś znajomego, jakiej muzyki słucha, to zazwyczaj słyszę że „jazz też lubi. Może nie tę najbardziej ortodoksyjną odmianę, ale gdy lecą w radiu te bardziej przyjemne dźwięki to nie przełączam stacji na inną”. No proszę, a tu takie zaskoczenie. Pocieszam się tylko, że pierwsze trzy miejsca też nieco zadziwiają. Okazuje się bowiem, że… ale spokojnie, napięcie trzeba powoli stopniować. No to stopniujmy. Których gatunków jeszcze nie wymieniłem? Rock, pop i disco-polo. Pierwsze dwa – jak najbardziej powinny zająć czołowe pozycje. Ale disco-polo jeszcze do niedawna było przecież gatunkiem wymierającym. A tu proszę, drugie miejsce i 29 procent ankietowanych (zwłaszcza tych mieszkających na wsiach i w miasteczkach). No to jedna zagadka została rozwiązana. Zostało nam pierwsze i trzecie miejsce. To co, rock, czy pop? Pop czy rock? Popu… słucha 37 procent pytanych, rocka - 27 procent, czyli pierwsze miejsce wśród najchętniej słuchanych gatunków muzycznych przez naszych rodaków zajmuje pop, drugie disco-polo, trzecie – rock. Wysokie miejsce disco-polo to kompletna porażka. Lepiej o tym nie wspominać. A najlepiej w ogóle zapomnieć. Zaskoczeniem jest dla mnie też dopiero trzecia lokata rocka. Myślałem bowiem, że jest on popularniejszy od popu. Chyba nawet trochę wbrew logice. No ale cóż, wychowywałem się właśnie przy dźwiękach rocka więc dlatego mu kibicowałem. Z gustami jednak nie dyskutuje się… ale czasami można je przewidzieć. Tak mi się przynajmniej do tej pory wydawało. Zwłaszcza gdy chodzi o zainteresowanie mistrzostwami europy w piłce nożnej i to jeszcze takimi, w których występują Polacy. Wiadomo, że przez tych kilka tygodni Euro będzie najważniejszym tematem w Polsce. Żaden inny nie będzie w stanie z nim konkurować. Do tej pory był tylko jeden taki, który mógłby to zrobić – wizyta papieża Jana Pawła II w Polsce. Ale z wiadomych względów euro w tym roku nie ma konkurentów. Dlatego zaskakuje zachowanie Telewizji Polskiej, która w czasie piłkarskiego święta postanowiła wydać ogromne pieniądze na organizację 44. festiwalu w Opolu. Myślicie Państwo, że to był jednak sprytny pomysł bo po południu przed telewizorami zasiądą panowie, a wieczorem gdy skończą się mecze – panie? Problem jednak w tym, że tak nie będzie. Transmisje z Opola zbiegają się w czasie z ważnymi meczami. Dla przykładu, w piątkowy wieczór 13 czerwca, na deski amfiteatru wyjdzie Maryla Rodowicz. Chwilę wcześniej na szwajcarskie boisko wybiegną piłkarze z Francji i Holandii, by zagrać jeden z najciekawszych meczów Euro. W sobotę Bajm i koncert Superjedynek będą konkurowały z meczem Rosja-Czechy. Jest jeszcze niedzielny koncert Edyty Górniak i mecz Turcja - Francja. Jak widać, wojny o pilota od telewizora w niejednym domu nie da się uniknąć. Kto wygra? Według szefowej rozrywki w publicznej „Jedynce” to kobiety nim zazwyczaj rządzą, więc i tym razem nie odpuszczą. Osobiście trochę w to wątpię. Nie znam bowiem faceta, który nie poświęci się dla takiego wydarzenia jak Euro. Na szczęście, nie trzeba będzie zbyt długo czekać. Życzę przy tym szefostwu TVP1 żebym nie miał racji. Bo jeśli okaże się, że miałem to może okazać się także że Państwo Ci zarżnęli do reszty opolski festiwal, któremu z roku na rok spada rzesza publiczności zgromadzonej przed telewizorem. A wszystko przez to, że ktoś zamiast dokładnie spojrzeć w kalendarz postawił na wojnę damsko-męską.
Całkiem nieźle mi się dzisiaj pisze. Czas już jednak powoli kończyć. Zabrakło miejsca na wieści z Jasnej Góry o odnalezionych tam rękopisach Mozarta. O nich będzie więc za tydzień. A teraz jeszcze tylko krótki news z Nowego Jorku. Nie wiem, czy Państwo wiecie, że Krzysztof Warlikowski otrzymał w tym roku prestiżową nagrodę Off-Broadway Theater Awards (OBIE) przyznawaną przez nowojorski tygodnik "Village Voice". Jury doceniło wyreżyserowane przez niego, a zagrane przez warszawski Teatr Rozmaitości przedstawienie "Kruma" Hanocha Levina. To naprawdę spore osiągnięcie. Do tej pory bowiem nagroda za najlepsze przedstawienie grane poza Broadwayem tylko dwa razy trafiała do Polski – w 1980 roku otrzymał ją Tadeusz Kantor za "Umarłą klasę”, a w 1990 roku Elżbieta Czyżewska za rolę w spektaklu "Crowbar" Maca Wellmana. Naprawdę jest się więc czym chwalić.
Przemysław Ziółek


